7 days
niedziela, 21 listopada 2010
Koncepcje spisywania tytułów piosenek osłuchiwanych w momencie pisania jako tytułów notek pozostaje w mojej naturze pisarskiej.
Po ostatnich komplikacjach i pewnych powątpiewaniach w stosunku do odchudzania, przyszedł czas na zwiększenie mocy twórczej. Mam na myśli jeszcze większe natchnienie w gotowaniu i sprawianiu sobie przyjemności czytania spadającej dzień po dniu wagi i słuchania pozytywnych komentarzy od znajomych. Może to niekonsekwentne, kiedy robi się to tylko dla zdrowia, a potem wynosi cichą szaloną satysfakcję z pochlebstw i mocy kupowania ubrań w sieciówkach z rozmiarówką dla anorektyków. Ale nic to. Niekonsekwencja jest wpisana w człowieczeństwo a ja sobie nie zabiorę tej radości. Dlaczego bym miała? Jestem istotą iście hedonistyczną. Dlatego pocieszam się, że w sylwestra, którego mam zamiar zorganizować z pełnym impetem, zrobię sobie wieczór tańców i swawoli posiłkowej. I nie martwi mnie to. Odpędziłam się za obsesyjnym podążaniem do wagi. Odchudzam się, ale nie myślę o tym nieustannie, nie myślę o tym, że jak zjem bułkę to wybuchnę. Staram się ograniczać do restrykcyjnych przepisów, ale czasami to nie wychodzi. Nie będę się z tego tytułu przecież biczować.
A dzisiaj Małaszowato. Przypomniałam sobie kawałki Cochise i teraz je magluje. Chociaż głos Roguckiego na nowej płycie jakoś mi nie pasuje. Jedna wielka przyjaźń szołbiźnesiana. Ale co? Muzyka, jest muzyką. Jeżeli jest piękna, mieszcząca się w mojej wrażliwości estetycznej, to owszem zapraszam.
Nie wiem czy mi to pomoże czy nie, ale nie ważne. Chcę pisać. Chcę tworzyć słowa na nowo i teraz mam dobry temat aby się rozpisywać.
DIETA PROTEINOWA
tak proszę państwa. Już nie wiem jak długo na niej jestem, ale straciłam szybko 10 kilo. Zostało mi drugie tyle by być zupełnie szczęśliwym. I nie dlatego, że moda. Dlatego, że w końcu ziści się moje marzenie o zdrowym trybie życia. Rzuciłam alkohol i papierosy. Zrzucić czas i ten bagaż, który dla kręgosłupa i serca jest morderczy.
Dzisiaj po raz pierwszy raz tak mocno zgrzeszyłam. Cała tabliczka czekolady poszła w ruch. Moja rozpacz sięgnęła swojego punktu krytycznego i po prostu nie wytrzymałam. Co tu dużo mówić. Wcześniej też mi się zdarzało podjadać, nie nagminnie, bo nie byłoby takich efektów.
Czasami się zastanawiam do czego to wszystko zmierza. Do lepszego samopoczucia? Chciałabym w to wierzyć. Lepiej się wtedy z tym czuję.
I chciałabym aby kolejny pamiętnik o odchudzaniu, nie był pierdoleniem o anorektycznych dążeniach do doskonałości, czyli śmierci, ani też marudzeniem o tym jak to jest ciężko.
I jeżeli ktoś będzie chciał to w ogóle czytać, bo ja w przyszłości i owszem, to chciałabym aby uwierzył we własne możliwości. Bo pogodzenie się z własnym organizmem jest możliwe. Tak mi się przynajmniej wydaje.